SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Bunt cyfrowej biomasy Katarzyna Szymielewicz 1/7/2020 12:00:00 AM Zródło: www.magazynpismo.pl

Jak naprawić internet?


Polityczna walka z algorytmami


·    Katarzyna Szymielewicz


7.01.2020


Wolny rynek wygrał z cyfrowymi potentatami, a konsumenci stracili podmiotowość. Do gry muszą wrócić obywatele.


 


Internet jako zrealizowana anarchia, globalna społeczność eksplodująca ludzkim potencjałem i wymykająca się państwowej cenzurze? „To jedna z niewielu rzeczy, które ludzie zbudowali, jednocześnie ich nie rozumiejąc. To największy anarchistyczny eksperyment w historii. W każdej minucie setki milionów ludzi tworzą i konsumują niewyobrażalną ilość cyfrowych treści, a ich środowisko nie podlega ziemskiemu prawu”. Dziś ta wizja brzmi tak naiwnie, że aż niebezpiecznie. Ale jej autorzy nie byli naiwni. Eric Schmidt, prezes Google’a, i Jared Cohen, szef Google Ideas (obecnie Jigsaw) – bo o nich mowa – zaczynając tymi słowami wspólnie napisaną książkę The New Digital Age (Nowa cyfrowa era), wiedzieli, że każda władza potrzebuje opowieści, która przypudruje jej mechanizmy. 


Dopóki wierzymy we własną wolność wyboru, jesteśmy dobrymi konsumentami i posłusznymi poddanymi świata urządzonego przez prywatne korporacje. Nic zatem dziwnego, że Schmidt i Cohen próbowali nam zaaplikować stary, sprawdzony środek znieczulający. Nie mogli przewidzieć, że już za chwilę ta techno-optymistyczna narracja posypie się jak domek z kart, a nagi cesarz stanie przed komisją śledczą. 


w 2013 roku michał kosiński, pochodzący z Polski psycholog społeczny – wówczas jeszcze doktorant na Uniwersytecie Cambridge – opublikował wyniki badania, które przykuło uwagę mediów i zaintrygowało nawet tych, którym się wydawało, że w sieci nie mają nic do ukrycia. Kosiński chciał sprawdzić, jak dużo o człowieku można wyczytać z lajków, które niefrasobliwie zostawiamy w sieci społecznościowej. Wykorzystał do tego tradycyjne testy psychometryczne, w których wzięli udział ochotnicy, oraz dostępny na otwartej licencji algorytm wyłapujący korelacje między cechami badanych osób a wzorcem zachowania, jaki prezentowali na Facebooku.
Okazało się, że istnieje silne powiązanie między tym, co lajkujemy na portalu społecznościowym, a ukrytymi cechami naszej osobowości, orientacją seksualną, a nawet poglądami politycznymi. Co więcej, algorytm radził sobie lepiej z ustalaniem niektórych cech badanych osób niż ich znajomi, a nawet rodzina.


Opinia publiczna zareagowała na rewelacje Kosińskiego mieszanką fascynacji i niepokoju. Skoro młody naukowiec, operujący stosunkowo nieskomplikowanym algorytmem, był w stanie trafnie sprofilować prawie sześćdziesiąt tysięcy wolontariuszy, to co potrafi Facebook, który dysponuje danymi każdego z nas i ma dziesiątki zarejestrowanych patentów na wyciąganie takiej wiedzy z obserwacji naszego zachowania? Skoro zna nas lepiej niż życiowy partner i ma wgląd we wszystko, co sami przed sobą ukrywamy, zapewne mógłby też nami manipulować. Na zweryfikowanie tych obaw nie musieliśmy długo czekać.  


W 2014 roku Aleksandr Kogan, naukowiec zainspirowany metodą Kosińskiego, zaangażował ludzi zgłaszających się przez platformę crowdsourcingową Amazon Mechanical Turk do dorywczych prac, które trudno zautomatyzować, żeby stworzyć własny model psychometryczny. Wolontariuszom zapłacił od jednego do dwóch dolarów nie tylko za wypełnienie testu badającego ich osobowość, ale też za dostęp do ich profili na Facebooku. Badani nie mieli jednak świadomości, że wraz z ich danymi do eksperymentu zostaną pobrane również informacje na temat ich znajomych. Korzystając z niegdyś popularnej w facebookowym interfejsie funkcji do programowania aplikacji, Kogan pozyskał dane demograficzne, listy kontaktów i lajki, które złożyły się na gigantyczną bazę ponad trzydziestu czterech milionów profili. Stała się ona kamieniem węgielnym najgłośniejszego skandalu politycznego tej dekady, z Cambridge Analytica w roli głównej. 


Po referendum w sprawie brexitu i zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA w 2016 roku media na całym świecie zaczęły łączyć kropki, aż nazbyt gorliwie przypisując moc sprawczą samej technologii. Czy wystarczy wykupić dość fałszywych kont, wyprodukować krytyczną masę fake newsów i opanować mikrotargetowanie, żeby wygrać każde wybory? Bardzo wątpliwe. Nikt poważny nie staje już jednak do politycznej walki bez takiej cyfrowej amunicji. Wiara w dane stała się dogmatem, który doskonale posłużył biznesowi. pisz



Bottom of Form


FreshMail.pl


W 2016 roku Jonathan Albright, ówcześnie badacz z Uniwersytetu Elon w Północnej Karolinie (obecnie pracuje na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku), przyjrzał się temu, w jaki sposób rozpowszechniano propagandę podczas kampanii Donalda Trumpa. Zmapował dwadzieścia trzy tysiące stron z odpowiednio spreparowanymi treściami, połączonych w spójny ekosystem za pomocą 1,3 miliona odnośników. W tej galaktyce dezinformacji Facebook, twiedzi Albright, pełnił funkcję skutecznego naganiacza. W głośnej analizie opublikowanej na portalu Medium.com Albright pisał bez ogródek: „To jest maszyna propagandowa. Namierza poszczególne osoby, aby pozyskać je dla określonej idei. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z takim poziomem inżynierii społecznej. Przyciąga ludzi po to, żeby trzymać ich na emocjonalnej smyczy i już nigdy nie wypuścić”. 


W tym samym roku Mark Zuckerberg zapewniał, że jego firma poważnie traktuje sprawę dezinformacji. „Wiemy, że ludzie oczekują rzetelnych informacji. Pracujemy nad tym problemem od dłuższego czasu i czujemy odpowiedzialność, jaka się z tym wiąże” – napisał na swoim portalu. Niespełna dwa lata później za sprawą Chrisa Wyliego, byłego współpracownika Cambridge Analytica, światło dzienne ujrzały dokumenty i e-maile potwierdzające, że szefostwo Facebooka od dawna wiedziało, w jakich celach i z jakim skutkiem wykorzystuje się ten portal. To, czego Zuckerberg nie chciał zdradzić w publicznych postach, znalazło się w jego firmowej korespondencji.


po serii druzgocących dla Facebooka śledztw dziennikarskich – przede wszystkim pracy Carole Cadwalladr, która miesiącami na łamach „Guardiana” drążyła cyfrowe kulisy kampanii Trumpa i referendum, które doprowadziło do brexitu – przyszła pora na komisje śledcze. W lutym 2019 roku komisja brytyjskiego parlamentu zakończyła osiemnastomiesięczne dochodzenie w sprawie rozprzestrzeniania dezinformacji na Facebooku. Z jej raportu końcowego wynika, że portal nie tylko nie angażował się w rozwiązanie problemu, ale umyślnie utrudniał śledztwo, między innymi nie dopuszczając do przesłuchania samego Zuckerberga. Parlamentarni śledczy ustalili, że Facebook nie zareagował na rosyjskie próby manipulowania referendum w ich kraju, mimo że miał ich świadomość. Nie przebierając w słowach, komisja nazwała firmę oraz jej kadrę kierowniczą „cyfrowymi gangsterami”. 


Dopóki wierzymy we własną wolność wyboru, jesteśmy dobrymi konsumentami i posłusznymi poddanymi świata urządzonego przez prywatne korporacje.


Po drugiej stronie Atlantyku demokraci i republikanie połączyli siły i również wezwali cyfrowych gigantów na dywanik. W 2018 roku na oczach całego świata Senat przesłuchiwał szefów Facebooka, aby zrozumieć, na czym ta firma opiera swój model biznesowy. I nie jest jednak jedyną globalną firmą, która specjalizuje się w zarządzaniu ludzką uwagą. W tym roku Kongres rozpoczął serię przesłuchań dotyczących nadużywania dominującej pozycji przez wielką czwórkę firm technologicznych (Amazon, Apple, Google i Facebook) i niszczenia konkurencji. Pierwsze – w sprawie cyfrowej waluty, której wprowadzenie ogłosił w tym roku Facebook – odbyło się już w lipcu. 


Ostatnie pięć lat to historia rozpadającej się relacji użytkowników i platform, którym do tej pory oddawali swoje cyfrowe życie. Zaufanie zbudowane na przyjaznych interfejsach i bezpośrednim języku, jakim przemawiały do nas nowe internetowe usługi, zaczęło się załamywać w momencie, w którym spod maski wyłoniła się dobrze znana, bezwzględna twarz korporacyjnej władzy w służbie tych, którzy mają pieniądze. Klientem może być nowa marka mydła, koncern paliwowy albo wybieralny polityk. Marketing na sterydach wielkich danych nikogo nie dyskryminuje – po prostu dostarcza odpowiednie wskaźniki. 


Trudno się dziwić biznesowej logice, za którą podążyły korporacje technologiczne. Jeśli coś w tej historii budzi zdumienie, to raczej nasza postawa wobec ich działań – zbyt długo bierna i zbyt łatwowierna. Eric Schmidt i Jared Cohen mieli rację: nie rozumiemy internetu, wymyka się on społecznym i prawnym normom. W ich książce zabrakło jednak jeszcze jednej obserwacji: na regulacyjnej niemocy państwa i naiwności użytkowników, na górach cyfrowego łupieżu, który za sobą zostawialiśmy, w Dolinie Krzemowej wyrosły prywatne imperia. Najpotężniejsza w historii maszyneria kontrolująca ludzki umysł.


dwadzieścia lat temu, gdy rodził się model biznesowy cyfrowych korporacji – oparty na wymianie danych osobowych za darmową usługę, której koszty z nawiązką zwraca reklamodawca – po cyberprzestrzeni poruszaliśmy się po omacku. Nie mieliśmy autorytetów, które by ostrzegały i pokazywały bezpieczny kierunek. Dopiero tworzyliśmy pojęcia, które pozwalałyby uporządkować to wszechogarniające doświadczenie. Język do opisu naszej nowej kondycji skutecznie wylansowały prywatne firmy, więc zamiast obywatelami przestrzeni cyfrowej szybko staliśmy się jej użytkownikami. 


Komercyjny internet zagarniał naszą codzienność – nawyki i odruchy, intymne relacje i narzędzia pracy. Nasze mapy, kalendarze i książki telefoniczne z dnia na dzień straciły swój fizyczny wymiar i wyemigrowały do chmury. To cyfrowe zanurzenie było tak szybkie, że nie mieliśmy szans wykształcić mechanizmów obronnych. Zresztą przed czym tu się bronić? Co strasznego może się kryć w darmowych usługach?


Nie byliśmy całkiem naiwni, rozumieliśmy, że w zamian coś oddajemy. Słyszeliśmy, że chodzi o jakieś dane i że internet jest w pakiecie z reklamą. Czasem pojawiała się niewygodna myśl: „Skoro nie płacę, jestem towarem”. Nadal jednak ta transakcja mogła wydawać się uczciwa, bo przecież ani uwaga, ani dane – jako takie – nie miały dla nas wielkiej wartości. Aż do momentu, w którym przekonaliśmy się, że ta wiedza w prosty sposób przekłada się na to, jak żyjemy, kim jesteśmy i kim będą nasze dzieci. Aż poczuliśmy, że komercyjna sieć angażuje nas emocjonalnie, nakłania do nadmiernej konsumpcji i uzależnia od bodźców.


Nasza transakcja z platformami internetowymi nie była uczciwa również dlatego, że od początku zbierały o nas więcej danych, niż tego wymagały darmowe usługi. Zostaliśmy złowieni na wędkę personalizacji, której zasada przemawiała do zdrowego rozsądku: skoro to, co od nich dostaję, ma być dopasowane do moich potrzeb, to chyba naturalne, że muszą coś o mnie wiedzieć? „Coś” tak. Ale niepoddane żadnym regulacjom platformy chciały mieć wszystko.


nazwijmy jednak rzecz po imieniu: nie są one neutralnymi pośrednikami, ponieważ kontrolują przepływ informacji w sieci i bardzo świadomie korzystają z władzy, jaką daje im ta pozycja. Ich modele biznesowe łączy jedna zasada: darmowe usługi są oferowane po to, by przyciągnąć jak największą liczbę użytkowników. Użytkownik ma natomiast wartość wtedy, kiedy się angażuje.


Jeff Bezos, szef Amazona, zaczął budować swoje imperium – a zarazem bazę danych o użytkownikach – w 1994 roku. Larry Page i Siergiej Brin dołączyli do peletonu z Google’em cztery lata później; Mark Zuckerberg z Facebookiem dopiero w 2004 roku, ale od razu postawił na sieć społecznościową i szybko znalazł się w czołówce. Do dziś firmy z Doliny Krzemowej zebrały bezprecedensową ilość danych i opatentowały dziesiątki algorytmów wytrenowanych, by rozpoznawać wzorce w naszym zachowaniu. Tak długo, jak kontrolują tę wiedzę, będą miały przewagę nad późno przychodzącą konkurencją. Z tą przewagą wchodzą w nowe obszary – takie jak transport, energetyka czy medycyna – i rozsadzają stare modele biznesowe. Dziesięć lat temu decyzją o uruchomieniu nawigacji w aplikacji Mapy na telefon Google stał się zabójczym konkurentem dla wyspecjalizowanych firm, takich jak TomTom, które dużo wcześniej stworzyły płatne systemy nawigacyjne. Dla pieszych i niezawodowych kierowców Mapy Google’a z dnia na dzień stały się naturalnym wyborem.  


Na bazie naszych danych wytrenowano algorytmy i stworzono modele statystyczne, które dobrze opisują człowieka, ale nie służą społeczeństwu. Działają tylko na rzecz płacących klientów.


To tylko jedna z wielu udanych ekspansji w historii Google’a. Firma, która na początku była prostą (i w tej prostocie genialną) wyszukiwarką internetową, w ciągu dziesięciu lat zaczęła oferować cały ekosystem usług spięty systemem operacyjnym Android. Po kolejnej dekadzie miejsce dawnego Google’a zajął konglomerat różnych firm funkcjonujących pod parasolem o nazwie Alphabet. Właściciele holdingu wierzą, że każdy problem wcześniej czy później znajdzie swoje technologiczne rozwiązanie, są więc przygotowani do wejścia w każdą dziedzinę naszego życia. Od lat inwestują w rozwój sztucznej inteligencji, zatrudniają najlepszych inżynierów i naukowców oraz przejmują obiecujące start-upy, takie jak głośny w swoim czasie DeepMind (kupiony w 2014 roku za pół miliarda dolarów). Po doprowadzeniu do perfekcji wyszukiwania kolejnym etapem jest przewidywanie. Google już nie chce, żebyśmy zadawali pytania wyszukiwarce. Chce, żebyśmy zaufali jego podpowiedziom – powierzyli swoje dylematy i decyzje życiowe kompetentnym algorytmom. W zamian obiecuje bardzo dużo, być może nawet lepszą wersję człowieka. Utworzona w 2013 roku spółka Calico, która inwestuje w biotechnologię, ma przykładowo rozwiązać problem starzenia. 


alphabet mebluje nam świat i proponuje własną wizję człowieka. Facebook staje się medium ponad innymi mediami. Amazon próbuje udowodnić, że człowieka da się zastąpić – a przynajmniej zautomatyzować jego pracę. Poddani ich eksperymentom, mamy prawo czuć się zagubieni, oszukani i – koniec końców – bezradni. Jako istoty społeczne potrzebujemy miejsca, żeby się spotkać, zobaczyć, skonfrontować. Chcemy funkcjonować w otwartym społeczeństwie, chcemy tworzyć nowe, cyfrowe przynależności. Ta aspiracja ma jeden zasadniczy defekt: sieciowe społeczeństwo potrzebuje adekwatnej infrastruktury, a my sami nie potrafiliśmy jej zbudować. Musieliśmy zaufać komercyjnym firmom. Poddawaliśmy się ich władzy dobrowolnie jako obywatele i konsumenci, ale szybko straciliśmy podmiotowość. Dziś, kiedy dojrzewamy do buntu, odkrywamy, że przerobiono nas w cyfrową biomasę. W tej kondycji nie mamy nawet głosu.


Kto mógłby stanąć w naszej obronie? Jeszcze do niedawna wydawało się, że jesteśmy sami. Europejscy politycy tej gry nie rozumieli, a amerykańscy konsekwentnie się w nią nie wtrącali. To się od paru lat zmienia. Przesłuchania szefów internetowych korporacji zwiastują erę interwencji państwa. Promowana przez firmy z Doliny Krzemowej samoregulacja ewidentnie się nie sprawdziła. Politycy zaczynają szukać twardych narzędzi, które przebudują, a nie tylko opodatkują istniejące relacje władzy. 


Michał Kosiński – po tym, jak udowodnił, ile można wyczytać z facebookowych lajków – przyłączył się do głosów nawołujących do interwencji państwa w cyfrowy rynek. W grudniu 2018 roku na łamach „New York Timesa” pisał: 


Nie możemy dalej zakładać, że Facebook sam rozwiąże ten problem. Czy zaufalibyście temu, co firmy tytoniowe twierdzą na temat raka płuc? Albo producentom słodyczy w kwestii otyłości? Dlaczego zatem mielibyście wierzyć temu, co firmy technologiczne mają do powiedzenia o prywatności? Rynki, w tym rynek danych konsumenckich, nie mogą działać optymalnie, kiedy firma taka jak Facebook nadużywa swojej pozycji, dzięki czemu jest w stanie ignorować prawa, potrzeby i życzenia swoich użytkowników.


Federalna Komisja Handlu zbyt długo wierzyła w to, że rynek sam się ureguluje, i przez lata podchodziła do firm technologicznych jak łagodny rodzic. Prowadziła wychowawcze rozmowy, zawierała kontrakty i nakładała kary, które przy budżetach coraz bardziej przypominały odbieranie cukierków. Dzieci wyrosły, z łatwością zarabiają na słodycze, a bezradny regulator stoi pod ścianą. W lipcu tego roku Komisja zakończyła postępowanie badające rolę Facebooka w rozprzestrzenianiu dezinformacji i mikrotargetowaniu amerykańskich wyborców. Rekordowa kara w wysokości pięciu miliardów dolarów – przy wycenie wartości spółki na ponad pięćset czterdzieści cztery miliardy dolarów (stan z początku września 2019 roku) – musiała uspokoić inwestorów, bo tego samego dnia ceny akcji poszły w górę.


Lekcję bezradności odebrali też europejscy regulatorzy. W 2018 roku włoski urząd antymonopolowy nałożył na Facebooka karę dziesięciu milionów euro między innymi za to, że zwodzi użytkowników co do natury swojego modelu biznesowego (obiecuje darmową usługę, a tak naprawdę komercjalizuje dane użytkowników na sposoby, których ci nie są świadomi). Spółka Google tylko w latach 2017–2018 musiała zapłacić sześć i pół miliarda euro kar za naruszanie reguł uczciwej konkurencji. Komisja Europejska ukarała ją na przykład za narzucanie użytkownikom własnych usług w ramach systemu operacyjnego Android (który był wówczas zainstalowany na osiemdziesięciu procentach telefonów w Unii Europejskiej). 


I co? Nadal nic. Platformy internetowe od czasu do czasu dokonują drobnych korekt swoich strategii albo uczą się lepiej maskować nieuczciwe praktyki. Nie zmieniają modelu biznesowego, bo nikt tego od nich nie wymaga. Nakładane na nie kary finansowe stały się podatkiem, który przekierowuje część zysku na cele publiczne. Takie daniny pełnią ważną społeczną funkcję, ale na pewno nie doprowadzą do zmian strukturalnych – nie sprawią, że internetowe imperia podzielą się swoją władzą. Jej fundamentem nie są przecież pieniądze, tylko dane. A dokładnie: nieustający dostęp do danych miliardów ludzi. Pytanie, z którym mierzą się regulatorzy po obu stronach Atlantyku, nie brzmi zatem, jak pozbawić internetowe platformy zysku, tylko jak sprawić, by kontrolowane przez nie dane zaczęły działać na korzyść społeczeństwa. 


czy musimy w tę walkę angażować społeczeństwo? Czy nie wystarczy, żeby każdy w relacji z technologiczną platformą czuł się dobrze i bezpiecznie? Być może dwadzieścia lat temu wystarczyło zadbać o prawa jednostki, ale dziś wyzwanie jest trudniejsze. Wchodząc w komercyjny internet, uzależniając się od wygodnej infrastruktury, wpadliśmy nie tylko w pułapkę personalizacji. Daliśmy się wciągnąć w transakcyjne, konsumpcyjne myślenie, które pomija dalekosiężne skutki naszych indywidualnych decyzji. Ile danych jesteś w stanie oddać za nowy gadżet? A ile w zamian za zniżkę w cenie konta bankowego albo ubezpieczenia na życie? 


W krótkiej perspektywie prywatność zawsze przegra z wygodą, potrzebą przynależności, a nawet z czystą ciekawością. Firmy technologiczne zarzuciły sieć, w którą złapał się nasz gadzi mózg – sterowany podstawowymi instynktami i pragnieniami. W zręcznie dla nas zaprojektowanym „doświadczeniu użytkownika” nie mieści się ani racjonalna kalkulacja, ani poczucie odpowiedzialności za to, co będzie później. Klikamy, bo nam się podoba. Dzielimy się, bo tak robią wszyscy wokół. Stymulowani pozytywnymi bodźcami, wchodzimy głębiej. W żadnym momencie aplikacje i usługi, od których się uzależniamy, nie konfrontują nas z konsekwencjami. Żeby zdać sobie z nich sprawę, musimy wysunąć głowę na powierzchnię, wyjść na chwilę z matrixa. A to jest trudne.


Ciężko sobie wyobrazić, że cyfrowy łupież, który bezwiednie i bez przerwy generujemy, gdzieś tam – na zapleczu usług internetowych – przekształca się w wiedzę o tym, jak działa człowiek. Trudno zaakceptować, że w swoich rutynach i reakcjach jesteśmy aż tak schematyczni i przewidywalni. A jeszcze trudniej przewidzieć, w jaki sposób ta wiedza może zostać wykorzystana do wpływania na nasze życie. I czy nastąpi to w bliżej nieokreślonej przyszłości, jutro, a może za chwilę. 


Komercyjny internet został ufundowany na tym poznawczym ograniczeniu, na naszej gatunkowej niechęci do odraczania przyjemności i mierzenia się z kosztami impulsywnych decyzji. Skoro tu i teraz nie doświadczam straty, a negatywne konsekwencje wydają się rozmyte i niepewne, to w czym problem? 


W środowisku cyfrowym powtarzamy te same błędy, które doprowadziły nas na próg katastrofy ekologicznej. Konsekwencje zanieczyszczania wody, wycinania lasów i produkowania dwutlenku węgla też wydawały się odroczone, aż stały się boleśnie realne. Dane o ludziach nie tylko stanowią paliwo cyfrowej gospodarki; są też nowym rodzajem zanieczyszczenia środowiska, w którym żyjemy. Łatwo zbanalizować jedno zdjęcie wrzucone na Facebooka albo jedną aplikację, która żąda dostępu do lokalizacji w telefonie. Widziany w oderwaniu od innych, pojedynczy ślad zawsze wydaje się niegroźny. Ale cyfrowe ślady – podobnie jak dwutlenek węgla – nie występują w liczbie pojedynczej. Odkładają się masowo, w każdej sekundzie, z każdym kliknięciem, z każdym przeładowaniem strony. Odklejając się od nas, przekształcają nasze cyfrowe środowisko w szczelny i niebezpieczny system kontroli. 


Możemy zażądać od korporacji technologicznych ujawnienia profili, jakie lepią z naszego cyfrowego łupieżu, ale nadal nie możemy im odebrać władzy, której podstawą jest wiedza o ludziach.


Shoshana Zuboff w głośnej książce The Age of Surveillance Capitalism (Epoka kapitalizmu nadzoru) zarzuca firmom technologicznym, że zawłaszczyły dane swoich użytkowników, jakby to był darmowy zasób. Nasze zachowanie, nasze cyfrowe – ale przecież bardzo realne – życie stało się kolejnym obszarem zagarniętym przez kapitalistyczną potrzebę eksploatacji. Na bazie naszych danych wytrenowano algorytmy i stworzono modele statystyczne, które dobrze opisują człowieka, ale nie służą społeczeństwu. Działają na rzecz – co dość oczywiste – płacących klientów firm technologicznych. Wszystkim tym, którzy za ich pośrednictwem próbują nam coś sprzedać, zatrzymać naszą uwagę, zmienić tok myślenia, podpowiedzieć jakąś decyzję. 


Na udostępnianiu naszej uwagi i wpływaniu na nasze wybory pośrednicy zarabiają realne pieniądze. Działający głównie na rynku amerykańskim Amazon w 2018 roku odnotował przychody na poziomie dwustu trzydziestu miliardów dolarów; Alphabet (w tym spółka Google) w ubiegłym roku miał gorszy okres, stąd wynik na poziomie stu trzydziestu siedmiu miliardów dolarów; peleton zamyka Facebook z przychodami nieprzekraczającymi sześćdziesięciu miliardów dolarów, które i tak pozwalają mu lekko traktować kary pieniężne nakładane przez europejskich i amerykańskich regulatorów. Skoro za ich usługi inne firmy płacą tak dużo, ci globalni handlarze ludzkiej uwagi muszą być skuteczni. Jeśli będziemy zwlekać kolejną dekadę, skutki ich nieodpowiedzialnego modelu biznesowego na pewno będą dotkliwsze. Ale czy naprawdę musimy czekać? Czy już dziś nie mamy dość? To, czego nie sposób dostrzec w wąskiej perspektywie pojedynczego użytkownika zajętego testowaniem nowej aplikacji, bardzo dobrze widać w skali społecznej. 


 


w 2019 roku nadal nie rozumiemy technologii, która kształtuje nasze życie, ale już wiemy, że na transakcji z komercyjnymi architektami internetu nie wyszliśmy dobrze. Politycy po długim letargu dostrzegli, że koncentracja władzy nad informacją w rękach kilku globalnych firm to szalone ryzyko. Dla platform internetowych nastał czas płacenia rachunków.


Podążając za rynkową logiką, najłatwiej byłoby zażądać rozliczenia w pieniądzach: opodatkować transakcje z użyciem danych i zmusić biznes do wynagradzania darmowej pracy, którą wykonują dziś użytkownicy. Sam transfer finansowy – bez dalej idących reform – przypieczętowałby jednak praktyki, na których opiera się władza platform internetowych.


Musimy sobie więc wyobrazić nową infrastrukturę, w której władza jest rozproszona, a nie skoncentrowana w rękach kilku dominujących graczy. Infrastrukturę, która ma wbudowane bezpieczniki chroniące przed dezinformacją i uznaje społeczne autorytety, a nie tylko udostępnia to, co lepiej się klika. Autentyczną, społeczną przestrzeń, w której możemy współpracować, zamiast konkurować o to, kto zbierze więcej lajków. Media, które nie opierają zysków na śledzeniu i nie zależą od targetowanej reklamy, ale zarabiają na opisywaniu świata. Usługi, których podstawą jest przejrzystość i zaufanie, a nie wabienie i uzależnianie nieświadomych użytkowników. Jeśli istnieje coś takiego jak innowacja, właśnie na tym froncie otwiera się dla niej pole. 


Ten nowy paradygmat jest możliwy, tak jak pokojowy projekt Unii Europejskiej stał się do pomyślenia po drugiej wojnie światowej albo przejście na zieloną energię – w obliczu nieuchronnego kryzysu. Jedną z najpoważniejszych barier, które będą musieli przełamać regulatorzy, jest uwolnienie wiedzy o ludziach, dziś kontrolowanej przez prywatne korporacje. Od kilku lat prawnicy, ekonomiści i technologiczni wizjonerzy na łamach takich czasopism jak „Wired”, na portalach w rodzaju Medium.com i na konferencjach w Waszyngtonie i Brukseli dyskutują o różnych modelach uspołecznienia tego kluczowego zasobu. Jednym z nich jest stworzenie publicznego banku danych, do którego pod kontrolą amerykańskiego albo europejskiego regulatora trafiałaby przynajmniej część wiedzy, jaką wytwarzają komercyjne algorytmy. Innym – wprowadzenie do gry, którą platformy internetowe toczą dziś ze swoimi użytkownikami, trzeciego aktora: powiernika, który negocjowałby cele, w jakich wykorzystuje się dane, i chroniłby zbiorowe interesy. 


Naszym problemem nie jest to, że nie potrafimy wymyślić odpowiedniej konstrukcji prawnej czy nowego modelu ekonomicznego. Przez ostatnie dwie dekady zwyczajnie nie poświęcaliśmy temu energii, ponieważ czekaliśmy, aż rynek sam znajdzie rozwiązanie – aż rozczarowani konsumenci zagłosują nogami i stworzą popyt na inne modele biznesowe. Wolny rynek już przegrał z cyfrowymi potentatami. Konsumenci stracili podmiotowość. W tym momencie inicjatywę muszą przejąć obywatele zorganizowani w świadomą, polityczną zbiorowość. Wykraczającą poza państwa narodowe, ponieważ w tej grze nie są one istotnym forum. 


Politycy po długim letargu dostrzegli, że koncentracja władzy nad informacją w rękach kilku globalnych firm to szalone ryzyko. Dla platform internetowych nastał czas płacenia rachunków.


Podmiot polityczny negocjujący z globalnymi korporacjami nowy podział władzy nad informacją musi wyłonić się gdzieś ponad granicami – w naszym przypadku w oparciu o europejskie wartości, które da się przeciwstawić neoliberalnej wersji kapitalizmu. Stając do negocjacji z globalnym kapitałem, możemy wykorzystać to, że europejskie organy odpowiedzialne za ochronę konkurencji, konsumentów i danych osobowych są naszymi naturalnymi sojusznikami. Ci sojusznicy przemówią głośniej i podejmą radykalniejsze działania, jeśli poczują silną legitymizację – dostaną oparcie w ludziach domagających się głębokich zmian. 


Występując z pozycji użytkowników, jesteśmy skazani na łaskę i niełaskę cyfrowych gigantów. Teoretycznie możemy zabrać swoje dane z ich serwerów i przenieść je gdzieś indziej, gdzie nasza prywatność i podmiotowość będzie respektowana. Miejsca świadczące ekwiwalentne usługi i dające dostęp do globalnej sieci jeszcze jednak nie istnieją. Powołując się na europejskie przepisy, teoretycznie możemy zażądać od korporacji technologicznych ujawnienia profili, jakie lepią z naszego cyfrowego łupieżu, a nawet ich skorygowania, jeśli nam się nie spodobają. Nadal jednak nie możemy im odebrać władzy, której podstawą jest wiedza o ludziach. Nawet jeśli kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy zdeterminowanych osób całkowicie wypisze się z tego systemu, w globalnej skali nadal będzie działał i wpływał na nasze życie. Nie mając szans na skuteczną ucieczkę, mamy tylko dwie ścieżki: pogodzić się z pozycją cyfrowych poddanych albo stanąć do świadomej, politycznej walki.


 


Katarzyna Szymielewicz - (ur. 1981), prawniczka i działaczka społeczna, współzałożycielka i prezeska Fundacji Panoptykon. W 2014 roku znalazła się na liście New Europe 100 jako liderka innowacji. Należy do Internet Society, a od 2012 roku jest wiceprezeską European Digital Rights, koalicji kilkudziesięciu europejskich organizacji zajmujących się ochroną praw cyfrowych.


 


Esej ukazał się w styczniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (01/2020) pod tytułem Bunt cyfrowej biomasy.