loteria
SEN O KOBIETACH PIEKNYCH I TAKICH SOBIE
Samuel Beckett Wydawnictwo WAB, 2003 Strony / Pages: 321, miękka oprawa ISBN: 83-89291-38-X
List price: $16.95(Save 15% off)Online price: $14.41

Jeżeli ktoś nie czytał nigdy utworów Samuela Becketta ani nie widział ich na scenie (o ile istnieją jeszcze tacy szczęśliwcy), nie powinien zaczynać od "Snu o kobietach pięknych i takich sobie". Czytając tę młodzieńczą powieść, można odnieść wrażenie, że Beckett był twórcą nieoryginalnym! Z jednej strony jest w niej wyraźny ślad fascynacji Jamesem Joyce'em i jego lingwistycznymi eksperymentami. Podobnie jak autor "Finnegans Wake", Beckett zderza ze sobą wiele języków i piętrzy zdania, tworząc z nich gęstwinę trudną do przebycia. Z drugiej strony widać tu próbę polemiki z Marcelem Proustem. Opowieść o młodym artyście imieniem Belacqua i jego związku z dwiema kobietami - Smeraldiną i Albą - ma wiele wspólnego z historią Marcela z "W poszukiwaniu straconego czasu", choć historia intelektualnego i emocjonalnego dojrzewania bohatera została po beckettowsku przedrzeźniona i sparodiowana."Sen..." próbuje wcisnąć się pomiędzy dzieła dwóch wielkich pisarzy otwierających nowe drogi w literaturze XX wieku, ale nie dorównuje żadnemu z nich. Słowotwórcza wirtuozeria Becketta nie jest tak mistrzowska jak wirtuozeria Joyce'a, a jego fraza nie jest tak muzyczna jak fraza Prousta. A jednak jest w tej prozie coś, co nie pozwala zamknąć książki w połowie. To euforia z używania języka, który jest tu szybszy od ludzkiego oddechu, a czasem od myśli! Weźmy choćby takie zdanie: "Szybko teraz ośmiocylindrowym accelerando, oto jestem mumiopłodem zmierzchu, starym sercem ukojonym w bulionie śniegu, sparaliżowanym w obliczu diademitonicznego cesarskiego cięcia dokonanego na sinym widmie, wyrwanym z Dan do Beerszebyk, z zaciśniętymi wargami, zachwyconym w górnej izbie tortur". Kto by domyślił się w tej gonitwie słów i obrazów zapisu podświadomości bohatera leżącego na kanapie w domu narzeczonej, w chwilę po przeczytaniu "Żywotów" Vasariego? Albo słowo, które w finale wypowiada do bohatera pewna prostytutka z Lipska, chyba najdłuższe, jakie Beckett napisał w życiu: "Himmisacrakruzidirkenjesusmariaundjosefundbldtigeskreuz!" Czy wiedzą państwo, że jest to reakcja na opowieść bohatera o irlandzkim deszczu?! "Czegóż to ludzie czasem nie powiedzą" - komentuje z ironią narrator. Z tej literatury bije nieokiełznana energia, dla której język nie stanowi żadnej bariery. Beckett pokazuje się tu także jako erudyta, który ze swobodą porusza się po całej europejskiej kulturze od antyku po awangardę. Erudycja objawia się w sposób dosłowny - litaniami nazwisk, którymi przerzucają się między sobą bohaterowie (należą wszak do artystycznej cyganerii). Minie jeszcze wiele lat, zanim Beckett zejdzie w głąb języka, aby ukryć się pod pozornie prostackimi dialogami "Czekając na Godota".Beckettolodzy wyłowią z tej książki motywy, które towarzyszyć będą Beckettowi przez całą późniejszą twórczość, takie jak dosadna erotyka, opisy ludzkiej fizjologii czy rozsadzające obyczajowe ramy poczucie humoru, które tak znakomicie oddali autorzy przekładu Barbara Kopeć-Umiastowska i Sławomir Magala. Nie tylko sprostali językowej gimnastyce Becketta, ale przełożyli jego anarchistyczne żarty. Takie słowotwory, jak "babcierzyństwo", "bladabella" albo pieszczotliwy zwrot "moja ty kurwchen" to tylko pierwsze z brzegu translatorskie perły. Tych, którzy poznali Becketta poprzez teatr, będzie jednak razić językowe nieumiarkowanie "Snu...". Na ponad trzystu stronach tej książki użyto więcej słów, niż w trzech najważniejszych dramatach Becketta: "Końcówce", "Czekając na Godota" i "Szczęśliwych dniach" razem wziętych. Dopiero gdy Beckett porzuci angielski i zacznie pisać w obcym języku - francuskim - kwitnący styl "Snu..." zostanie zredukowany do lakonicznych równoważników zdań, jakimi porozumiewają się Hamm i Clov. Trzeba jednak poznać "Sen...", aby zrozumieć, jaką daleką drogę przeszedł autor "Końcówki", aby dojść do wyrafinowanej prostoty swojego teatru.